Skończyło się M jak Miłość i potem nie było już nic. Tylko Lucjan - Wojownik Szos w postnuklearnym pyle, wśród upadku obyczajów sięgających skalą biblijnej Sodomy szuka zemsty za śmierć swojej Barbary...
Blog > Komentarze do wpisu

ODC. 12 - Lepsza śmierć

Hanżyna budzi się z krzykiem wyrwana z najgorszego koszmaru. Śniło się jej, że ludzie śmiali się z jakiejś żałosnej śmierci od zderzenia z kartonami. Te wszystkie dowcipy na ten temat - przecież to wcale nie śmieszne.

- Kartony-srony - mruczy do siebie Hanżyna. Mruczenie po chwili zaczyna przypominać mruczenie kocicy. Istotnie, Hanżyna przysiada oparta o ziemię rękami, porusza tylną częścią tułowia po czym szybko i zgrabnie rzuca się na szczura, który właśnie przebiega obok śpiącego jeszcze Lucjana.

- Spóła działa! - to pierwsze słowa Lucjana od razu po przebudzeniu. Wojownik szos szczerzy swoje metalowe zęby. Hanżyna zadowolona z łupu ochoczo dzieli się z teściem swoją zdobyczą. Odrywa szczurowi głowę i oddaje Lucjanowi. Ucinają sobie krótką pogawędkę o tym, jak było kiedyś. Wspomnienia są już nieco przymglone, ale Lucjan dokładnie pamięta Barbarę i dzień, w którym... Ehhh... Spogląda rzewnie na skórzany pejcz przyczepiony do spodni...

Dzień mija spokojne w podziemnym mieście, królestwie samozwańczego Jezusa, który okazał się być Jaroszym. Wszyscy zbierają siły, szykują się na coś, ale sami nie wiedzą na co. Paweł Zduński siedzi i wgapia się w ścianę, jakby medytował. Ma cichą nadzieję, że inni zapomną jego ostatnie wyznanie o przebieraniu się w damskie łaszki. Myśli sobie, że w tej chwili sam byłby gotów odpalić ładunek nuklearny, żeby zgładzić tych, którzy to słyszeli. Szybko jednak otrząsa się z tych myśli. Za rogiem Marek z przyklejoną brodą Jezusa ćwiczy kwestie, które pamięta z Biblii. Co chwile powtarza słowa "idź i nie grzesz więcej"Eli, Eli lema sabachtani", albo ostatnie tchnienie umierającego, które w jego wykonaniu brzmi mniej więcej jak "aaahhhhhhhrrhhr".

Pewnie gdyby byli na powierzchni ziemi, w tej chwili widzieliby słońce chylące się ku zachodowi. Siedzą jednak pod ziemią i słońca nie widzą. W pewnej chwili Marek postawszy z siadu skrzyżnego wskazuje na Hanżynę i rzecze:

- Kto z was jest bez winy, niechaj pierwszy w nią rzuci kamieniem!

Wyćwiczył swą kwestie na tyle dobrze, że Paweł Zduński w oka mgnieniu podnosi z ziemi kamień, taki z ostrymi krawędziami i ciska nim z całej siły w Hanżynę. Krew, krzyk, łzy Marka i Lucjana. Uśmiech Pawła i jego myśl "skoro rzuciłem, to może sobie pomyślą, że żartowałem z tymi ubrankami, że tego nie było, że rzeczywiście jestem bez winy". Cóż, zawsze wydawał się tym głupszym bliźniakiem.

Po krótkiej akcji ratunkowej Lucjan i Marek uznają, że Hanżyna zmarła. Lepsza taka śmierć, niż jakaś inna, bezsensowna.

poniedziałek, 20 lutego 2012, sharanchia

Polecane wpisy