poniedziałek, 20 lutego 2012
Hanżyna budzi się z krzykiem wyrwana z najgorszego koszmaru. Śniło się jej, że ludzie śmiali się z jakiejś żałosnej śmierci od zderzenia z kartonami. Te wszystkie dowcipy na ten temat - przecież to wcale nie śmieszne.
- Kartony-srony - mruczy do siebie Hanżyna. Mruczenie po chwili zaczyna przypominać mruczenie kocicy. Istotnie, Hanżyna przysiada oparta o ziemię rękami, porusza tylną częścią tułowia po czym szybko i zgrabnie rzuca się na szczura, który właśnie przebiega obok śpiącego jeszcze Lucjana.
- Spóła działa! - to pierwsze słowa Lucjana od razu po przebudzeniu. Wojownik szos szczerzy swoje metalowe zęby. Hanżyna zadowolona z łupu ochoczo dzieli się z teściem swoją zdobyczą. Odrywa szczurowi głowę i oddaje Lucjanowi. Ucinają sobie krótką pogawędkę o tym, jak było kiedyś. Wspomnienia są już nieco przymglone, ale Lucjan dokładnie pamięta Barbarę i dzień, w którym... Ehhh... Spogląda rzewnie na skórzany pejcz przyczepiony do spodni...
Dzień mija spokojne w podziemnym mieście, królestwie samozwańczego Jezusa, który okazał się być Jaroszym. Wszyscy zbierają siły, szykują się na coś, ale sami nie wiedzą na co. Paweł Zduński siedzi i wgapia się w ścianę, jakby medytował. Ma cichą nadzieję, że inni zapomną jego ostatnie wyznanie o przebieraniu się w damskie łaszki. Myśli sobie, że w tej chwili sam byłby gotów odpalić ładunek nuklearny, żeby zgładzić tych, którzy to słyszeli. Szybko jednak otrząsa się z tych myśli. Za rogiem Marek z przyklejoną brodą Jezusa ćwiczy kwestie, które pamięta z Biblii. Co chwile powtarza słowa "idź i nie grzesz więcej"Eli, Eli lema sabachtani", albo ostatnie tchnienie umierającego, które w jego wykonaniu brzmi mniej więcej jak "aaahhhhhhhrrhhr".
Pewnie gdyby byli na powierzchni ziemi, w tej chwili widzieliby słońce chylące się ku zachodowi. Siedzą jednak pod ziemią i słońca nie widzą. W pewnej chwili Marek postawszy z siadu skrzyżnego wskazuje na Hanżynę i rzecze:
- Kto z was jest bez winy, niechaj pierwszy w nią rzuci kamieniem!
Wyćwiczył swą kwestie na tyle dobrze, że Paweł Zduński w oka mgnieniu podnosi z ziemi kamień, taki z ostrymi krawędziami i ciska nim z całej siły w Hanżynę. Krew, krzyk, łzy Marka i Lucjana. Uśmiech Pawła i jego myśl "skoro rzuciłem, to może sobie pomyślą, że żartowałem z tymi ubrankami, że tego nie było, że rzeczywiście jestem bez winy". Cóż, zawsze wydawał się tym głupszym bliźniakiem.
Po krótkiej akcji ratunkowej Lucjan i Marek uznają, że Hanżyna zmarła. Lepsza taka śmierć, niż jakaś inna, bezsensowna.
środa, 24 sierpnia 2011
Lucjan w duchu odmawiał modlitwę do Serca Jezusowego i patrzył prosto w oczy napotkanemu mężczyźnie. Chrystus to, czy nie? Podobnieństwo mężczyzny do postaci znanej z obrazu "Jezu Ufam Tobie" było uderzające.
Dwaj towarzysze Lucjana stali osłupieni. W oczach Piotra Zduńskiego błysnęły łzy.
- Przebierałem się w ubrania dziewczyn po kryjomu - wydusił z siebie młody. - Nigdy, na żadnej spowiedzi tego nie powiedziałem, bo nie żałowałem... Teraz żałuję.
Łzy kapały na ziemię, wsiąkały głębiej, dając chwilową radość rodzinie umęczonych suszą czerwi. Chwilową, bo zapach wody sprowadził na spokojnie żyjącą rodzinkę zgraję karaluchów, które w mig obróciły starannie zaprojektowany i wykonany z dbałością o szczegóły dom czerwi. Przykry to był widok.
Kawałek wyżej Piotr Zduński bił rękami w ziemię zanosząc się płaczem.
- Wstań! - rzekł władczym tonem człowiek w brodzie. - Wstań i chodź za mną. Chodźcie wy wszyscy, grzeszni ludzie.
Ruszyli posłusznie do dziury w ziemi, w z której wcześniej wyszła boska postać.
Po półgodzinnym milczącym marszu podziemny tunel otworzył się ukazując ogromną przestrzeń.
- Oto moje królestwo - rzekł brodaty. - Jeśli chcecie do niego należeć musicie przynieść mi...
- Cze-eść - w boku dobiegł kobiecy modulowany głos, który brzmiał raz jak Hanka, raz jak Grażyna.
- Hania? - wykrzyknął zaskoczony Marek.
Powitaniom nie było końca. Marek znalazł w jednej osobie i Grażynę i Hankę, dwie miłości swojego życia. Coś jednak nie grało.
- Marku, my teraz należymy do niego.
- Do Jezusa?
- Nie, to Jaroszy. Zmutował trochę, zarósł i teraz przypomina Chrystusa.
Marek się wściekł. Chodziło mu o kobiety, chciał je dla siebie. Wyzwał brodatego Jaroszego na pojedynek. Walka trwała pół dnia. Raz była to potyczka słowna, raz bójka, raz zawody w tym, kto dalej plunie. W końcu Jaroszy poległ ostatecznie przegrywając w bierki. Marek triumfując odciął Jaroszemu brodę upokażając go ostatecznie i zmuszając do odejścia.
Po chwili odcięta broda Jaroszego przyklejona na prowizoryczny klej zrobiony z miazgi z biedronek zawisła na szyi Marka. Czy to on będzie nowym bogiem? Czy on zawładnie podziemnym miastem? Co na to Lucjan? Tego wszystkiego dowiecie się już w kolejnym odcinku.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Motor jechał jak nigdy wcześniej. Nowe łożysko ze złomowiska spisywało się na medal. Lucjan z chęcią posłuchałby delikatnego pyrkania silnika gdyby nie Piotr Zduński, który ciągnął się z tyłu na rowerze i plastikową manetką założoną na rączkę kierownicy robił nieco irytujące Lucjana wrrrrrr wrrrrrrr...
- Tato, może się zatrzymamy, jedziemy już od dwóch godzin - powiedział przylgnięty do Lucjana siedzący tuż za nim Marek.
- Od trzech dni, synu
Zatrzymali się. Okolica była wyjątkowo przyjazna jak na krajobraz postnuklearny. Lucjan wyjął z kieszeni licznik Geigera, włączył. Detektor zatrzeszczał odbierając mutagenne promieniowanie.
- Promieniowanie... - szepnął Lucjan
- Padnij! - krzyknął w odpowiedzi Marek rzucając się na ziemię. Szybko wstał widząc drwiące spojrzenie Lucjana i Piotra.
Wtedy Piotr zaczął opowiadać o swoich marzeniu, którym było zbudowanie w ziemi domu, czegoś w rodzaju nory. Mówił o wykorzystaniu zużytych opon, puszek po napojach wyskokowych i silikonowych rękawiczek napełnianych gliną.
- ...o, norę taką jak tę - Piotr wskazał na pobliski otwór w ziemi.
Wtem z nory wychodzi człowiek w długich włosach, z gęstą brodą, odziany w białą szatę, może prześcieradło. Kieruje się w stronę zamarłych w bezruchu mężczyzn.
- Jezu, ufam Tobie - mówi któryś z nich
- Chryste, Chryste, Chryste... - rozedrgane wargi, a w głowach wszystkie grzechy, o ktorych nawet wstyd mówić i wszystkie pozycje, których władze kościelne nie pochwalają...
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Gdy opada kurz i opiłki mężczyźni witają się. - Ojcze, a dlaczego masz takie wielkie zęby - pyta Marek, czym nieco irytuje Lucjana i prowokuje go do złośliwej odpowiedzi. - Synu, dlaczego zdradziłeś Hankę? Na to Marek oblewa się rumieńcem i spuszcza oczy. Człowiek, przez którego cierpiała nie tylko Hanka, ale wszyscy przed telewizorami, człowiek dopuszczjący się jakże podłej zdrady wyraża skruchę i żal za swoje podłości. Mówi, że Hanka mu nigdy nie wybaczy i właśnie przez to został błędnym rycerzem. Wtedy Lucjan - nie wiadomo skąd, jakby te słowa włozył mu w usta ktoś inny - mówi: - Synu, idź i nie grzesz więcej.
W czasie krótkiej rozmowy Marek - wtrącając co jakiś czas hiszpańskie zwroty - mówi, jak bardzo chce odnaleźć swą żonę Hankę i błagać ją o wybaczenie. Lucjan nie ma serca, żeby powiedzieć mu o tym czym stała się Hanka. Przemilcza kwestię. Okazuje się też, że Marek jest w posiadaniu buta, który znalazł gdzieś na drodze prowadzącej do sklepu rybnego i zabrał podejrzewając, iż jest to but Hanki. Piotr Zduński rozpoznaje w tym bucie pantofelek Kingi i zabiera go Markowi, po czym wkłada oba pantofelki na swoje stopy. Może rozmiar nie do końca jest dobrze dobrany, ale przecież kilka dni temu zmienił się cały świat. Noszenie przez mężczyznę zbyt małych damskich butów nikogo już nie razi. Nikogo poza Lucjanem, który chyba jedyny zachował resztki normalności.
Lucjan patrzy z niesmakiem na damskie pantofle na stopach Piotra i nagle spostrzega coś na ziemi, pośród metalu. Kuca, ponosi jakiś przedmiot, ogląda go. Usta rozszerzają mu się w uśmiechu opinając metalowe zębiska. To łożysko idelanie pasujące do zepsutego motoroweru! Nagle Marek uderza kijem baseballowym kilka centymetrów od Lucjana. Tam, gdzie leżał jeden z pogruchotanych klimatyzatorów. - Ruszał się jeszcze... hijo de puta... - szepcze jakby do siebie. - A tak w ogóle to od przedwczoraj jestem Don Marek de la Grabinha, błędny rycerz serca ukochanej Hanki - mówi kłaniając się lekko. - Kurwa - wycedzone przez metalowe zęby... I martwa cisza.
środa, 14 kwietnia 2010
Prosta droga, gnijące cielska krów w przydrożnym rowie, pokiereszowane samochody z zamkniętymi w środku martwymi ludźmi i wiatr we włosach dwóch pędzących na motorowerze mężczyzn. Nagle bzyczenie silnika urywa się. Za moment powraca dając chwilową nadzieję, w końcu jednak gaśnie. Motorower zatrzymuje się. - Kurwa! - wycedzone przez metalowe zęby... I martwa cisza.
Po krótkim przeglądzie technicznym okazuje się, że w łożyska maszyny Lucjana wleciało zbyt dużo piachu i łupieżu, przez co mechanizm przestał działać. Lucjan próbuje przekonać Zduńskiego do wyprawy na pobliskie złomowisko. Ten wykazuje znaczny opór tłumacząc się mętnie, że kiedyś, jak był dzieckiem, ucięło mu głowę na takim złomowisku, miał poważną operację i ledwo co, a nie byłby człowiekiem, tylko potworem i że chciał zjeść własnego brata. Lucjan jednak wyczuwa kłamstwo na kilometr. Obiecuje Zduńskiemu, że jak znajdą łożysko, to w końcu wszystko będzie jak dawniej i w ten sposób przekonuje młodego do wyprawy.
Przegrzebując tony złomu Zduński znajduje frytkownicę, o jakiej zawsze marzył. Frytkownica nie działa, ale chłopak zabiera ją do plecaka z nadzieją, że kiedyś ją naprawi i zrobi swojej żonie przepyszne frytki. Lucjan zaś natrafia na zestaw metalowych gwiazdek ninja, które przezornie chowa za pazuchą swojego skórzanego kostiumu. Gdy błądzą po górze złomu, spostrzegają mężczyznę obłąkańczo wymachującego kijem baseballowym. Mężczyzna tłucze w wiatraki przemysłowe i klimatyzatory pokrzykując bojowo. Gdy spostrzega Lucjana i Pawła Zduńskiego woła: - Stójcie, jestem błędnym rycerzem, nie podchodźcie, bo zostaniecie wdeptani w ziemię przez te oto potwory. - Wskazuje na klimatyzatory. - Zabiję je! - krzyczy i znowu zaczyna okładać metalowe urządzenia. Lucjan poznaje go dopiero po chwili. To jego syn - Marek. - Maruś! - wydobywa się radosny okrzyk z ust Wojownika Szos. Marek jednak nie zwraca uwagi na swego ojca. Walczy z bezlitosnymi potworami z plastiku i stali. Oszalał, czy rzeczywiście wstąpił w niego duch błędnego rycerza z Manchy?
środa, 31 marca 2010
- Nie jestem homoseksualistą - mówi zakapturzona postać. - Tylko zbieram kurdę jagody... dziadku Lucjan przekrzywia głowę, by zobaczyć twarz pod kapturem. - Paweł? Pawełek? - w głosie Lucjana słychać niedowierzanie. Kaptur odsłania twarz jedego z bliźniaków Zduńskich. Może jakby trochę mroczniejszą niż przed tygodniem. - Nie! Piotrek, dziadku! No co Ty! - Piotrusiu! Nie dziadek - ino Lucjan, Wojownik Szos. Męski uścisk dłoni.
- Dziadku, a dlaczego masz takie wielkie zęby? - pyta Zduński przyglądając się z zaciekawieniem nowej metalowej szczęce Lucjana. Ten jednak pomija to milczeniem. - A gdzie masz Kingę? - zmienia temat. Piotr Zduński z przejęciem w głosie opowiada o tym, jak Kinga słysząc jakiś huk, z wrodzonej kobiecej ciekawości wybiegła z łóżka zobaczyć co się dzieje i to było ostatni raz, kiedy widziano jej piękny, szczery uśmiech. Zostawiła za sobą tylko jeden pantofelek. Piotr wyciąga go z reklamówki z Geant'a. - I wiesz, Lucjanie, szukałem jej tutaj pośród jagód, ale nie znalazłem. Jak bardzo chciałem, zeby została ze mną wtedy pod pościelą... Lucjanie, pomóż mi ją znaleźć! - Pomogę Ci, Piotrze, jeśli Ty pomożesz mi odnaleźć winnych tego, co się stało... Winnych śmierci Barbary i potłuczenia trzech półlitrówek mojej ulubionej siwuchy Męski uścisk dłoni. - Pomogę. - Stoi? - No dziadku, co Ty!?
Kilka kwadransów poźniej wsiadają na motorower Lucjana. Stary przekręca manetkę gazu. Jedynka. Leniwie puszcza sprzęgło.... Gdy wiatr rozwiewa spaliny w miejsce, gdzie przed chwilą stali, uderza meteor rozmiarów pięści. Farciarze!
poniedziałek, 22 marca 2010
Gdy tylko Lucjan zaspokoił potrzeby z podstawy piramidy Maslowa, myśl o zemście na tych, którzy byli odpowiedzialni za śmierć krowy i Barbary, zaczyna narastać w jego głowie. Obajwia się to wytrzeszczem oczu nie spotykanym u ludzi przed katastrofą nuklearną. Idąc za głosem serca, Lucjan wchodzi do lasu. W głowie ma obraz uśmiechniętej Barbary, która przypomina mu, że "na oczy to tylko świetlik". Lucjan po kilku godzinach poszukiwań spotrzega kilka światełek krążących wokół pnia gigantycznej brzozy.
- Świetliki! Chodźcie do Lucka!
Lucjan puszcza się biegiem przez las za świetlikami, wyłapuje je wszystkie - matkę, ojca, dwóch synów i córkę. Wspomnienia z wojny wracają. Lucjan po kolei wciera sobie całą świetlikową rodzinę w oczy. Lucjan płacze i to prędzej łzy, niż świetliki oczyszczają jego oczy, wypłukują złe myśli, przepędzają ból i wytrzeszcz. W pewnym momencie Lucjan słyszy gdzieś zza drzew głos:
- Jagódko, jagódko... pokaż się jagódko!
Podchodzi w kierunku głosu i widzi postać w oryginalnej czapeczce Chicago Bulls schylającą się nad jagodziskiem, przeczesującą runo leśne specjalistycznym grzebieniem do nielegalnego zbioru jagód.
- stój homoseksualisto! - krzyczy z wściekłością. Nigdy nie tolerował nielegalnych sposobów zbioru jagód, uważał to za kłusownictwo. Nigdy też nie potępił tego, co robili Japończycy z Chińczykami w Jednostce 731.
- Nie jestem homoseksualistą - mamrocze zakapturzony mrocznie z ustami pełnymi jagód obracając się w stronę Lucjana. Ten czeka już z pejczem w dłoni i z wyszczerzonymi metalowymi zębami, które złowrogo dzwonią o siebie do rytmu marsza pogrzebowego.
Podniesiona dłoń dzierżąca pejcz zamiera w zamachu...
czwartek, 18 marca 2010
Zapada noc. Właściwie nie wiadomo kiedy, bo słońce nie przeświecało dzisiaj w ogóle przez gęste chmury nukrearnych pyłów. Lucjan orientuje się, że nie jadł kolacji. Jego żołądek ledwo co przypomina sobie, jak przyjemnie było trawić świeżo zrobiony biały ser ze szczypiorem z ogródka Barbary. Lucjan, jak kornik, chce ogryźć korę z uschniętej jabłoni i wtedy - o zgrozo - okazuje się się, że z miejsca ostatniego posiłku nie zabrał swojej sztucznej szczęki. Dla Lucjana to koszmar, nie chce być do końca życia skazany na kleiki ryżowe i mdły, zmiksowany krem z pora. Wsiada na motorower i ciemną nocą wraca do domu, w którym zjadł chomika.
Gdy Lucjan wchodzi do domu atakuje go rój much-zombi. Mieniące się fioletowo-zielono gównojadki z wystającymi gnijącymi zębami, powłócząc jedną nogą, skrzydłami kreślą w powietrzu koślawe znaki nieskończoności. Lucjan wyciąga zza pazuchy perfumę "Brutal". Psik, psik, psik - szybki ruch pozwala mu na ogląd sytuacji w pokoju. Dostrzega resztki swojej sztucznej szczęki leżące na stole. Wpada w szał. Packą na muchy zabraną z parapetu tłucze po ścianach, niosąc śmiertelne żniwo wśród i tak martwych już much. Sprawa nie jest jednak łatwa - spomiędzy desek, zza mebli wylatują coraz to nowe zombi. Much nie ubywa. Lucjan musi ratować się ucieczką. Wybiegając z domu zauważa na podwórku szlifierkę i sidła. Porywa je ze sobą i odjeżdża. Zagłuszające ryk silnika bzyczenie układa się w słowa "I want your brain!".
Robi się jaśniej. Lucjan siedzi przy szlifierce i obrabia sidła. Gdy robota jest skończona, przycięte na wymiar sidła wkłada sobie jako zęby do ust. KŁAP KŁAP! KŁAP KŁAP...
Złowrogi dźwięk jeszcze długo odbija się echem na pustkowiu. Lucjan już nie martwi się o pożywienie. Może zjeść wszystko, na co tylko pozwoli mu sumienie. Jego nowe metalowe zęby odsłaniają się w dzikim uśmiechu.
poniedziałek, 08 lutego 2010
Następny poranek przynosi Lucjanowi poczucie wstydu i upokorzenia. Wojownik Szos otwiera oczy i orientuje się, że leży przyssany do sutka Jaroszego. Czując na sobie wzrok wszystkich okolicznych mrówek oraz wpatrzone z odległości lat świetlnych oczy istot z Plejad, oblewa się rumieńcem. Jeszcze pare dni temu tak właśnie ssał sutki Barbary, ale jaroszy nie przypomina Barbary. W żadnym razie! W żadnym miejscu!
Lucjan cichcem podprowadza motorower do szosy, odpala. Przekręca manetkę gazu. Puszcza sprzęgło. Nie ogląda się za siebie, po prostu mknie przed siebie - tam, gdzie go serce zagoni. Mijając zgliszcza kolejnych wiosek orientuje się, że od kilu dni nie jadł nic poza kilkoma liściami kapusty.
- Przecież ludzie jedzą się nawzajem - myśli sobie Lucjan.
Wchodzi do pierwszego z brzegu domu, gdzie znajduje martwą kobietę.
- Za stara i za żylasta, nie dam rady...
W drugim pokoju mały chomiczek. Lucjan dokładnie objada średnio świeże mięso z kosteczek chomika. Już ma wychodzić, ale cofa się. Patrzy ze smutkiem na zostawione resztki. Sięga po kartkę, coś na niej gryzmoli. Wychodzi. Słychać oddalający się warkot silnika motoroweru. Obok chomika leży kartka z napisanym: "zezwalam na pośmiertne wykorzystanie mojej fizyczności na wszelakie cele, szczególnie na pożywienie dla człowieka, ku chwale stwórcy. Chomik Janusz."
piątek, 05 lutego 2010
Lucjan budzi się rano i zauważa, że Hanżyna próbuje przeciąć się na pół nożem do smarowania masła (przypomnijmy, że Hanżyna to postać powstała wskutek złączenia Grażyny i Hanki, które w czasie Wybuchu biły się o Marka). Lucjan, nie zwlekając, bierze swój bat i zamachuje się. Nóż wzlatuje w powietrze. Słychać krzyk. Raz Grażyny, raz Hanki. 23 razy, aż kobieta, czy też kobiety się uspokajają.
Ni stąd, ni zowąd zza krzaków wychodzi Jaroszy - cały roześmiany i w skowronkach. Lucjan zrywa się na nogi - Ty skurczybyku! To ty zdetonowałeś bombę! Dlaczego się tak cieszysz??? - krzyczy Lucjan. Jego mięśnie napinają się, tętnica szyjna pulsuje - z każdą minutą coraz wyraźniej. - Ja? To nie ja! Mi tylko zaczęły rosnąć włosy! Jaroszy przejeżdża ręką po głowie. Rzeczywiście, pod światło widać ledwo kiełkujące włosy. - Cały czas nad tym pracowałem, utracona fortuna, przegrane życie. Wszystko po to, by odzyskać włosy - ciągnie Jaroszy. - Moje zgorzknienie w tym miało swoją przyczynę. Łysiałem już od szóstej klasy podstawówki, gruby Jarek się ze mnie wyśmiewał, dziewczynki poklepywały mnie po głowie jak Benny'ego Hilla. Koniec z tym!
Lucjanowi przychodzi do głowy Pan Tadeusz. "Przecież Jacek Soplica też był człowiekiem niegodziwym, a taki ksiądz Robak...".
Jaroszy jest jeszcze szczęśliwszy, gdy zauważa część Hanki w leżącej na ziemi Hanżynie. Przecież to miłość jego życia. Z jego oczu ciekną łzy. Przytula ją do momentu, gdy ta zaczyna mówić głosem Grażyny. Lucjan tłumaczy Jaroszemu sytuację Hanżyny i obmyślając razem rozwiązanie sytuacji, zasypiają przytuleni. Po raz pierwszy od kilku dni czując tak blisko ciepło drugiego człowieka.
|
|